Wspominamy najstarszą mieszkankę naszego miasta

100 lat

 

 

 

 

 

Niedawno pożegnaliśmy panią Helenę Płudowską, która przeżyła 102 lata.

Urodziła się 25 października 1922 roku.

 

„25 października 2022 r. obchodziła swoje setne urodziny.

Z tej też okazji dostojną Jubilatkę odwiedził Burmistrz Gminy i Miasta Lubomierz Marek Chrabąszcz oraz Kierownik Urzędu Stanu Cywilnego Anna Furmanowicz. Z okazji tak pięknego jubileuszu Burmistrz w imieniu własnym oraz całej społeczności Gminy Lubomierz złożył Jubilatce najserdeczniejsze życzenia oraz wręczył list gratulacyjny i kosz ze słodkościami.

W tej wzruszającej uroczystości Pani Helenie towarzyszyli syn Pan Adam Płudowski oraz sąsiadka Pani Stefania Wolak. Uroczystość przebiegała w miłej, rodzinnej atmosferze. Nie zabrakło lampki szampana, tortu i odśpiewania dwustu lat życia.

Pani Helena, pomimo swojego zacnego wieku, cieszy się dobrym zdrowiem i pogodą ducha. Ma znakomitą pamięć i wciąż dużo planów na przyszłość”.

Taka informacja została wówczas umieszczona na stronie UGiM.

Była najstarszą mieszkanką naszego miasta. Żyła w zgodzie ze wszystkimi sąsiadami, którzy wspominają Ją bardzo serdecznie.

 

O rozmowę poprosiłam syna pani Heleny, pana Adama Płudowskiego i zapytałam, jak była jego mama.

Oto, co mi powiedział:

Mamusia pochodziła z Gręzuwki. Stamtąd przyjechała do Leśnej za chlebem. Ja urodziłem się w Leśnej. Mamusia zamierzała jechać do znajomej i pojechała do Lubania. Szła wieczorem ulicą i spotkała pana, który zaoferował jej nocleg. To był 1954 albo 1955 rok, jakoś przetrwała tę noc leżąc, bo się bała. Spotkany facet poinformował ją, że potrzebna jest duża ilość ludzi do pracy w Leśnej.

Mama bardzo lubiła szyć i dostała tę pracę. Pracowała w fabryce i jako jedyna osoba szyła tam kołdry. Pewnego dnia na portierni spotkała panią, która zaoferowała jej mieszkanie w zamian za pomoc przy małym dziecku.

Wtedy dołączył do niej ojciec, który służył w wojsku w Stanach Zjednoczonych. Zamieszkaliśmy w Leśnej przy ulicy Reja. Ojciec miał problemy z władzą komunistyczną i trudności w znalezieniu pracy. Zaczął budować dom w Łukowie, zachorował i zmarł.

Mamusia została sama. Potem poznała pana Klebana, który zajmował się fotografią i namówił mamę do wyjazdu do Lubomierza. Tutaj otworzył zakład fotograficzny, który mieścił się przy Placu Wolności (naprzeciw pawilonu Sawczak). My zamieszkaliśmy w tym domu na drugim piętrze.

Pan Kleban bardzo nam pomagał i wychowywał mnie jak rodzony ojciec. Potem mamusia kupiła dom w Milęcicach i mieszkaliśmy tam przez okres około 3 lat.

 W Milęcicach miała krowę, hodowała stado kaczek.

Potem kupiła dom w Lubomierzu przy ulicy Majowej. Mamusia nigdy nie chorowała. Jadła dużo warzyw. Wszystko sama przetwarzała. Kupione mięso też sama przyrządzała w domu. U nas były setki słoików z przetworami. Mamusia była bardzo gospodarna i oszczędna.

Zawsze miała długie gęste włosy. Dużo czytała, miała swoje zdanie, nigdy się nie śpieszyła, wszystko robiła dokładnie, spokojnie i dobrze.

Z nikim nie chciała się kłócić. Na każde święta wysyłała mnóstwo kartek z życzeniami do znajomych.

Co roku jeździła nad morze. Zbierała zioła, robiła z nich herbaty, uprawiała ogródek, często jadła czosnek niedźwiedzi. Herbatę słodziła tylko miodem.

Tabletki były ostatecznością.

Przez pewien okres wynajmowała pokoje dziewczynom z internatu. Gotowała im obiady. Nie pozwalała dziewczynom przyprowadzać chłopaków, trzymała rygor.

Potem dziewczyny często ją odwiedzały.

Mama była dobrym człowiekiem była bardzo gościnna.

Do końca życia była bardzo kontaktowa, w ciągu dnia często odbierała telefon, długo z każdym rozmawiała. Bardzo chciała, żebym na stałe zamieszkał w Lubomierzu.

Kiedy zabrałem mamusię do siebie było ciężko, bo musiałem cały czas pilnować, żeby nie upadła.

8 grudnia, około godziny 22, dostała paraliżu, zdążyła tylko krzyknąć. Nie wiedziałem, co robić, a paraliż postępował. Zadzwoniłem po pogotowie, okazało się, że dostała wylewu i przewieziono ją do szpitala w Legnicy. Ostatnimi słowami, które wypowiedziała było pytanie skierowane do sanitariuszy: „ale mnie przywieziecie z powrotem do domu?”.

Na drugi dzień miała operację, bo pękł jej krwiak w głowie.

Nie odzyskała już przytomności aż do 29 grudnia i zmarła.

Najważniejsze jest to, że nie cierpiała.

Bardzo to przeżyłem, bo to była najbliższa dla mnie osoba. Nigdy nie karciła ale dużo rozmawiała, nigdy nie krzyknęła na mnie.

Nie mogę się pogodzić z tym, że Jej już nie ma. Jest mi bardzo ciężko.

 

Składamy serdeczne wyrazy współczucia.

 

Dziękuję za rozmowę i życzę dużo wytrwałości.

 

Tekst: Jadwiga Sieniuć, zdjęcia: Jolanta Życzyńska, Ryszard Wiese, ze strony UGiM.

 

Facebook
Twitter
Pinterest
WhatsApp
Email